Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej   OK, rozumiem  

 Cieklin - kolebką narciarstwa polskiego

Narty 



Początki mego narciarstwa

 Dział: Historia narciarstwa Dodano: 2011-09-10 20:41 AA


Pamiętnik Jubileuszu Trzydziestolecia
Sekcji Narciarskiej
Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego
przy Oddziale Zakopiańskim
P.T.T. 1937


Początki mego narciarstwa

Oto w chwili kiedy o polskim narciarstwie jest tak głośno w całym świecie proponujemy Wam tekst, który choć trochę przybliży nam historię początków tego sportu w maszym kraju.

Stanisław Barabasz

„Początki mego narciarstwa”

Były to czasy, kiedy o nartach u nas nikt jeszcze nie myślał. Mnie śniły się one, podnieconemu lekturą o Lapończykach, którzy na nartach z łukiem i strzałami polowali na dzikie reny, o ludach zamieszkujących północną Syberię, wreszcie o Norwegach, którzy jak ptaki szybko mkną na nartach po śniegu.
Było to grube nieporozumienie, bo w tych opisach nie było żadnej wzmianki ani o zjazdach z góry, ani o skokach narciarskich, a ja w prostocie ducha sądziłem, że narciarz siła mięśni swych nóg osiąga szybkość lotu ptaka. Jakoś nie mogło mi się to w głowie pomieścić. A jednak marzyłem o tem, aby zrobić takie narty i jeździć na nich.
Poznałem się z uczestnikiem powstania 1963 r., który wiele lat na Syberji spędził, i pytałem go o te narty, które on "łyżami" nazywał. Odpowiedział, że rzeczywiście jeżdżą na Syberji na łyżach, tylko trzeba przy tem umieć zachować równowagę, bo w razie upadku wpada się głową w dół w głęboki śnieg jak do wody, a narty trzymają nogi na powierzchni i trudno się bez pomocy z tej pozycji wydobyć. Takie mi dał objaśnienie i zachętę.
Marzenie moje długo nie oblekało się w realne kształty, bo nawet nie wiedziałem jak takie narty wyglądają , i z czasem zapomniałem o tem. Dopiero w r. 1888 gdy byłem na polowaniu u kolegi D. w Cieklinie koło Jasła, brnąc w głębokich śniegach przypomniałem sobie o tych łyżwach, że gdybyśmy je mieli, to latalibyśmy po śniegu, a nie brnęli tak głęboko i nie męczyli się tak strasznie.

Czy są jakie twarde deski we dworze? - pytam kolegi.

- Są, a o co ci chodzi?

- Wiesz, zrobimy łyżwy do śniegu.

- Jest stelmach dworski, ten potrafi wystrugać, tylko powiedz mu jak ma to zrobić.

Znalazły się dwie deski, jedna jesionowa a druga bukowa. Ale to nic nie szkodzi, dobrze że takie są. Wystrugał je stelmach ale tak cienko, jak gdyby miały służyć za linię do tablicy szkolnej, równo szerokie w całej długości. Zaostrzone końce wyparzyło się w gorącej wodzie i wygięło nad ogniem.

Łyżwy były gotowe, teraz trzeba je przypiąć do nóg, ale czem i jak? Oczywiście sznurkiem na razie. Całej stopy przywiązać nie podobna, bo nie dałoby się wykroczyć, zatem pięta musi się podnosić i być wolna. Kombinowało i głowiło się niemało, zanim udało się jako tako to wiązanie uskutecznić. Wreszcie zrobione. Teraz na śnieg, i latać.
Ale ba, to się nie udawało, szamotał się człowiek, przewracał i z trudem dźwigał, bo te przeklęte deski trzymały nogi i wykręcały na wszystkie strony. Wreszcie okrążywszy z trudem dwór, zmęczony i mokry od potu jak w rzymskiej łaźni, do czego i futerko się przyczyniło, odwiązało się z ulgą te wściekłe deski.

- No, teraz na ciebie kolej Karolu, lataj ty.
Rezultat był podobny, kolega jeszcze lepiej się spocił, bo był tęższy i bardziej zażywny.

- Wiesz, jutro nie weźmiemy tych desek na polowanie, bo jakby się człowiek przewrócił, to nabije do lufek śniegu i gotowo je rozerwać przy wystrzale.

Wziąłem te deski do Krakowa, zrobiłem do nich upięcie z rzemieni i jeździłem po błoniach, następnie pod kopcem Kościuszki, gdzie nauczyłem się zjazdów i zrozumiałem całą przyjemność użycia nart.

Później gdy wpadła mi do ręki broszura Schneidra z Berlina: "Der Wintersport", dowiedziałam się niektórych szczegółów o "Ski", między innymi i o tym, że pod podeszwę stopy umieszcza się kawałek sukna, aby noga nie ześlizgiwała się na boki i śnieg się nie gromadził.

Jeździłem sam jeden, bo nikogo do tej tak miłej zabawy nie mogłem namówić, nawet ćwiczących członków Sokoła.

- To u nas nie ma zastosowania, bo nie ma takich wielkich śniegów jak na Syberji, zresztą co to za przyjemność uganiać po śniegu na mrozie, gdzie mnie nikt nie widzi, ani ja nikogo. Wolę sto razy rower.

- Tak ale w zimie rowerem tam nie zajedziesz, gdzie narty zaniosą. Rower związany z dobrymi drogami, a dla nart cały świat otwarty.

Nie pomogły namowy, widocznie przyszedłem z nartami za wcześnie.

Stroje narciarskie pań 1910 r. Zdarzyło się, że znalazłem się w zimie w Zakopanem przez kilka tygodni. Że wziąłem ze sobą moje deski, to rzecz zrozumiała. Przecież tam będzie można na jeździe używać. Gdzież, jak nie tam. Tam są lepsze pagórki jak pod kopcem Kościuszki. Więc jeździłem tam i namówiłem jednego z kuracjuszów aby spróbował jazdy. Ogromnie mu się podobało. Gdy się przewrócił, jechał na plecach głową w dół i nogami w górę wyciągniętymi, i ryczał jak bawół.
Czy ten sport zawiózł ze sobą w Poznańskie, nie wiem, bo go nigdy więcej nie spotkałem.
Trzeba było powracać do Krakowa. Po jakimś czasie byłem znów w Zakopanem w porze zimowej, w lecie bowiem bywałem co roku. Przybył tam Jan Fiszer z Krakowa, z którym wybrałem się na Halę Gąsienicową i do Czarnego Stawu. Było to w r. 1894.
Cudownie wtedy było w górach. Żadnego śladu człowieka nie było znać, tylko gdzieniegdzie wypunktowane tropy lisów. Szałasy zasypane aż po dachy, drzemały w śniegu. Oblepione śniegiem turnie żadnego głosu nie odbijały, echa nie budziły. Szumu potoków schowanych głęboko pod śniegiem nie było słychać, słowem cisza zupełna przerywana tylko świstem nart. Słońce grzało tak, że trzeba było zdjąć okrycie.
Wydrapawszy się na jakąś górkę zdziwiłem się, że stoję na dachu szałasu, który z drugiej strony zupełnie odsłonięty, ma przed sobą głęboką wymiecioną kotlinę. Dzisiaj to nikogo nie dziwi, są to rzeczy znane, lecz wtedy były to nowe odkrycia.
Czarny Staw przedstawiał nowy dla nas widok, bo go wcale nie było widać. Na jego miejscu leżała biała równina, na którą Kościelec rzucał potężny cień pokrywający ją do połowy. Przejechaliśmy staw w całej długości tam i z powrotem, bo jakżeby mogło być inaczej, trzeba przecież mieć temat do opowiadania.
Posiliwszy się trochę, trzeba było myśleć o powrocie. Ponieważ śnieg się lepił nart, wysmarowaliśmy je oliwą ze sardynek, co na razie pomogło. Wyobrażam sobie jak ten zapach nęcił lisy, z pewnością biegły naszym śladem.
Podczas powrotu, mój towarzysz złamał przy silnym zahamowaniu kij. Ponieważ bez kija nie umieliśmy jeszcze jeździć, trzeba było temu zaradzić. W lesie na Boczaniu znalazł się smereczek, który się do tego celu nadawał, pomimo, że spora gałąź przy nim sterczała, co oryginalnie wyglądało.

Po powrocie do Krakowa, byłem na polowaniu na zające "na deptanego". Ponieważ były duże śniegi, wziąłem ze sobą narty. Mój towarzysz był bez tych desek. Przekonałem się wówczas naocznie, jak narty ułatwiają chodzenie po śniegu. Mój towarzysz po kilku godzinach był zupełnie wyczerpany i nie przyszedł do strzału, podczas gdy ja byłem zupełnie rześki i zabiłem kilka zajęcy.
Później w Zakopanem spotkałem na polowaniu miejscowego obywatela Bachledę Tadziaka, który kilka lat w północnej Rosji przebył i przywiózł ze sobą tamtejsze narty, które wówczas miał na nogach. Były to brzozowe deski, grubo wystrugane, o długich bardzo w górę wygiętych nosach, podbite skórą renifera z sierścią. Całe upięcie stanowił rzemień na palce. W górę dobrze na nich chodził, ale zjazd nawet na średniej pochyłości był prawie niemożliwy.
Jakie fabrykowano u nas początkowo narty, może posłużyć za przykład to, że widziałem w Krakowie na wystawie sklepowej na linji AB bardzo pięknie wykonane narty typu Telemark, ale z drzewa świerkowego. Piękne, cienkie norweskie nowy tych nart nie były wygięte na parze, lecz po prostu wyrznięte z deski tak, że słoje drzewa nie szły wzdłuż wygięcia, lecz w poprzek. Przy pierwszem trąceniu o przeszkodę, lub upadku musiały się odłamać.

Widok z Kamieniestej na Smreczyński Wierch ponad Hlińską Przełęczą i masyw Czerwonych Wierchów © Michał Ronikier Przybywszy w r. 1901 na stałe do Zakopanego, zacząłem energicznie propagować ten sport. Najpierw u podległego mi personelu nauczycielskiego szkoły zawodowej. Każden z nauczycieli próbował jazdy na nartach, choćby raz przez grzeczność. Młodszym bardzo się podobała ta zabawa, starszym nie.
Wyszukawszy w jakimś cenniku rysunek nart typu telemark, zrobiliśmy według niego kilkanaście par nart dla nauczycieli i uczniów, którzy zaczęli odtąd ten sport uprawiać.
Członkowie Sokoła z naczelnikiem Zwolińskim, brali udział w wycieczkach, które urządzałem co niedzielę, o ile pogoda dopisała.
Wycieczki odbywaliśmy nie dla zdobywania szczytów, lecz dla przyjemności jazdy na nartach, dla przepędzenia kilku godzin w słońcu, we mgle, jak wypadało, dla oderwania się na ten czas od codziennych zajęć, i zmiany otoczenia. Wyładowała się wtedy u nas radość życia, cieszyliśmy się wtedy jak dzieci z naszych upadków, przypadków. Po każdej takiej wycieczce czuł się człowiek odmłodzony, nabrał nowej ochoty do życia i do nudnego nie raz zajęcia zawodowego.
Zwykłe nasze szlaki były: Hala Gąsienicowa, Czarny Staw, Liliowe. Beskid, Kasprowy, Przełęcze Goryczkowe, Hala Kondratowa, Czerwone Wierchy, Giewont, Mała Łąka, Miętusia i t.p.

Upięcie nart zmieniało się z czasem na lepsze, podpatrzywszy je w cennikach zagranicznych. A więc mieliśmy uprząż z obłąkami trzcinowymi na pięty, potem z gurtem od pasów transmisyjnych z napiętkami ze skóry, tak zwaną kaloszową. Później ktoś sprowadził lilienfeldzkie narty Zdarskiego ze stalową uprzężą, bardzo grube i ciężkie, następnie weszła w modę uprząż Bilgeriego, której cienkie blaszki często się łamały, wreszcie rzemienie Huitfelda, które okazały się najpraktyczniejsze i ogólnie się przyjęły. Potem zaczęły się sypać wynalazki jak z rękawa, wszystkie oparte na tym ostatnim typie.
Ja wymyśliłem sobie uprząż metalową złożoną z dwóch blach stalowych zrobionych początkowo z piły po obcięciu zębów, z których jedna trzymała rzemień do pięty, a druga do palców, umocowane obydwie przed palcami, dadzą się przesuwać wzdłuż narty dla większej lub mniejszej stopy. Tej uprzęży przez wiele lat używałem aż do ostatnich czasów.
Nazwy "narty" nie używaliśmy początkowo, tylko "ski" z norweskiego. Górale nazywają je "skije" a nas "skijarze" albo "spuscoce". Dopiero później na podstawie poszukiwań i na wniosek Zaruskiego, przyjęliśmy nazwę "narty".

Jak dawaliśmy sobie początkowo radę na nartach i według jakiej szkoły jeździliśmy? Szkoły nie było żadnej, każden tworzył własną. Strome zbocze, śnieg i nasze własne upadki dawały nam szkołę. Każdyn starał się własnym sprytem opanować te zdradzieckie deski, gdy zaś te zanadto się rozhasały, to siadał na kij i starał się całą siła hamować. Ale trzeba było pamiętać o tem, aby siąść trochę z boku, nie okrakiem, bo wtedy, no, wiadomo co mogło nastąpić, i katastrofa gotowa.
Gdy i to nie mogło zatrzymać pędu, to pędu, to przewracało się na bok, a na chwilę był spokój. I znowu jazda na odmianę w drugą stronę. Tak się jeździło wtedy w zakosy.
Z czasem pojawiły się podręczniki jazdy na nartach wydane w języku niemieckim z rysunkami podającemi dokładnie jak należy wykonać telemark i christanję. Dotychczas gdy zapytałem którego z przejezdnych narciarzy jak się robi telemark, odpowiadał: - O, to bardzo łatwo! Ale żaden tego pokazać nie umiał. Dopiero z powyższych rysunków nauczyłem się tych zwrotów.
Pierwszy polski podręcznik p.t. "Narty i ich użycie", napisał w r. 1908 Roman Kordys, który także prowadził kurs narciarski w Lipkach.

W r. 1908 wydali Zaruski i Bobkowski Podręcznik narciarski.

W r. 1913 Zaruski, Przewodnik po terenach narciarskich.

W r. 1918 Bobkowski, Podręcznik narciarski.

W r. 1913 napisałem "Wspomnienia narciarza", wydane przez Sekcję Narciarską T.T. 1914 r.

Jak ubieraliśmy się? Zwyczajnie. Nosiło się kto co miał, nikt się specjalnie do nart nie ubierał. Żadne sporty zimowe nie były jeszcze rozwinięte, a za temi idzie moda dotycząca ubrania. A więc nosiło się kurtkę lub kożuszek, najchętniej serdak i peleryny. Na głowie czapka barania lub wełniana, a nawet i melonik się widziało. Na nogach buty a najchętniej kapce, bo to przecież zima i śnieg.
W ogóle ubieraliśmy się za ciepło. Kapce niedługo zarzuciło się z tego powodu, że gdy natrafiło się na stokach na lód na szreń, których na nartach nie dało się przejść, to już w kapcach nie można było utrzymać się na nogach. Weszły wtedy w użycie okute buty.

Kobiety zaś jeździły w stroju miejskim, tylko na nogach miały kapce, zato kapelusze były ubrane wstążkami, piórami i kwiatami.

Pierwszymi narciarzami byli: Celewicz, Góraś, Karłowicz, Jarosz Gołosiński, Reutt, Zdyb, Zaruski i w.i.
W r. 1907 wspólnie z Karłowiczem i Zaruskim założyliśmy "Zakopiański Oddział Narciarzy T.T." (późniejsza Sekcja Narciarska T.T.) Ćwiczenia odbywały się na Gładkiej pod Gubałowką.

Piękne i niezapomniane były czasy, gdy się żłobiło pierwsze ślady po nieskalanym jeszcze śniegu, wśród milczących majestatycznych turni, nie spotkawszy nigdzie człowieka.
Dzisiaj nie znajdziesz kawałka śniegu, który by nie był poryty nartami w różnych kierunkach w chaotyczny sposób. Nie można przewidzieć skąd się jaki narciarz wysunie i najedzie na ciebie łamiąc ci nogę, narty lub kij. A jeżeli swój złamie to zabierze prawem kaduka twój, bo ty temu jesteś winien, że mu wlazłeś w drogę.
Dawniej cieszyłem się gdy narciarzy przybywało, dzisiaj klnę (nie głośno, w duchu) bo zrobił się jarmark w górach, które zawsze takie ciche były w swym majestacie. Niewielu nas wtedy było, ale związanych miłością gór i swobody.
Jedną tylko prośbę zanoszę do naszych stowarzyszeń narciarskich. Nie mamy piosenki z którą by się wyruszyło w góry, lub sitało narciarzy, jak to mają podobne towarzystawa zagraniczne. Stwórzcie taką!
Sądzę, że do tego nadawałaby się melodja góralska ze słowami Tetmajera: "Hej idę w las, piórko mi się migoce". Tylko do niej trzeba odpowiedni tekst ułożyć.
Stwórzcie więc taką piosenkę!

Źródło: Górska Gazeta Internetowa www.gory.info


TAGI: Historia Początki Narciarstwa Polska Podkarpacie Jasło Beskid Niski Ski Łyże Zakopane Cieklin Stanisław Barabasz


Komentarze:

Pokaż komentarze ∨

Brak komentarzy

STATSTYKA:

Jesteś naszym 3985044 gościem.
Poznaj nas RegulaminNeswetter © 2011 - 2014 Wiesław Czechowicz - Kopiowanie treści bez zgody autora zabronione!.